Powoli dzieje się to, czego się obawiałem i przed czym wbrew Tacie próbowałem się bronić tak długo, jak tylko mogłem. Tzn. przychodzi taki czas, kiedy muszę się zacząć znać na tych różnych śmiesznych kabelkach i końcówkach, które są pod maską samochodu. Muszę zacząć pamiętać, że młotek to się trzyma za to drewniane, a uderza tym niedrewnianym. I jeszcze wiele innych. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zaczyna mnie to wciągać i mi się podobać. A jeszcze tydzień temu się śmiałem z szefa, że dla niego zrobienie gładzi gipsowych w przedpokoju, to jest wielka przyjemność i odpoczynek.
Od jakiegoś tygodnia autko mi szwankuje, strzela z kolektora (trudne słowo), na benzynie da się jeszcze jeździć, na gazie w ogóle w zasadzie – dojazd do skrzyżowania, lekkie przyhamowanie, potem dynamiczne ruszenie, trzy wystrzały i po zawodach. W dodatku szarpie strasznie poniżej 2 tys. obrotów. Postanowiłem, że tym razem będę ambitny i sam sobie z tym poradzę – bez pomocy Taty (to akurat mam ułatwione, bo Tata jest zagranicą), bez wizyty u mechanika i w serwisie gazu. Sprawę miałem o tyle ułatwioną, że sam podejrzewałem, że może to być problem ze świecami i kablami, a Google i koledzy tylko to potwierdzili.
Ostatnio nauczyłem się, gdzie w Toyocie jest podnośnik i wszystkie klucze. Przedwczoraj nauczyłem się wyjmować i wkładać świece (chciałem zobaczyć czy nie są zalane albo czy ceramika nie jest uszkodzona). Ciekawe odkrycie – przypomniałem sobie do czego jest ten śmieszny klucz J
Dziś kupiłem kable zapłonowe, świece będą koło południa... Kable też już wiem jak zmienić i zamierzam to wszystko dziś zrobić.
Poza tym ekspres coś nie działa, więc wziąłem i go rozkręciłem (to co się dało i to czego się nie bałem) i przeczyściłem. Teraz sobie schnie. Zobaczymy co z nim będzie.
W dodatku postanowiłem, że o kolejne wiercenia/wbijania/itp. już nie będę prosił innych, tylko sobie poradzę własnymi ręcami. Zobaczymy co z tego będzie. A póki co wracam do nauki.
