sobota, 26 stycznia 2008

Samodzielność… Lekcji ciąg dalszy

Powoli dzieje się to, czego się obawiałem i przed czym wbrew Tacie próbowałem się bronić tak długo, jak tylko mogłem. Tzn. przychodzi taki czas, kiedy muszę się zacząć znać na tych różnych śmiesznych kabelkach i końcówkach, które są pod maską samochodu. Muszę zacząć pamiętać, że młotek to się trzyma za to drewniane, a uderza tym niedrewnianym. I jeszcze wiele innych. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zaczyna mnie to wciągać i mi się podobać. A jeszcze tydzień temu się śmiałem z szefa, że dla niego zrobienie gładzi gipsowych w przedpokoju, to jest wielka przyjemność i odpoczynek.

Od jakiegoś tygodnia autko mi szwankuje, strzela z kolektora (trudne słowo), na benzynie da się jeszcze jeździć, na gazie w ogóle w zasadzie – dojazd do skrzyżowania, lekkie przyhamowanie, potem dynamiczne ruszenie, trzy wystrzały i po zawodach. W dodatku szarpie strasznie poniżej 2 tys. obrotów. Postanowiłem, że tym razem będę ambitny i sam sobie z tym poradzę – bez pomocy Taty (to akurat mam ułatwione, bo Tata jest zagranicą), bez wizyty u mechanika i w serwisie gazu. Sprawę miałem o tyle ułatwioną, że sam podejrzewałem, że może to być problem ze świecami i kablami, a Google i koledzy tylko to potwierdzili.

Ostatnio nauczyłem się, gdzie w Toyocie jest podnośnik i wszystkie klucze. Przedwczoraj nauczyłem się wyjmować i wkładać świece (chciałem zobaczyć czy nie są zalane albo czy ceramika nie jest uszkodzona). Ciekawe odkrycie – przypomniałem sobie do czego jest ten śmieszny klucz J

Dziś kupiłem kable zapłonowe, świece będą koło południa... Kable też już wiem jak zmienić i zamierzam to wszystko dziś zrobić.


 

Poza tym ekspres coś nie działa, więc wziąłem i go rozkręciłem (to co się dało i to czego się nie bałem) i przeczyściłem. Teraz sobie schnie. Zobaczymy co z nim będzie.


 

W dodatku postanowiłem, że o kolejne wiercenia/wbijania/itp. już nie będę prosił innych, tylko sobie poradzę własnymi ręcami. Zobaczymy co z tego będzie. A póki co wracam do nauki.

wtorek, 22 stycznia 2008

Gdy Piotruś jest głodny...

... to strasznie cuduje! :p (A przecież wiadomo, że "jedenaste" to: Nie cuduj!)

Akt 1
P: (przychodzi do mnie)
P: Będziesz coś jeść?
ja: To zależy, co proponujesz... :D
P: No, po prostu jestem głodny i szukam wspólnika.
ja: No, mogę coś z Tobą zjeść, ale jeszcze nie wiem, na co mam ochotę...
P: To się zastanów .... i nam zrób!

Akt 2 
P: (woła mnie) 
ja: (biegnę)
P: Popatrz. Tu (w necie) masz 5 przepisów na omlety. Wybierz (czyt. i zrób) któryś... Ja bym wolał ten (pokazuje który), ale on zajmuje najwięcej czasu...

Akt 3
P: (w końcu sam poszedł do kuchni ..poszukać sobie jeszcze lepszego 
przepisu i ew. go wykonać)
ja: (idę mu pomóc)
ja: Obrać Ci cebulę? Albo zrobić coś innego?
P: Sio. Idź sobie. Marudzisz!
ja: Ale ja się tylko pytam, czy Ci pomóc......
P: MARUDZISZ!
ja: (???? ...lepiej sobie pójdę)

Akt 4
P: (wychodzi z kuchni i idzie do mnie, do pokoju)
P: Eeee. ... chyba nie będę nic jadł. Nie chce mi się robić... Robienie jest strasznie ..demobilizujące!

Akt 5
ja: (lituję się i idę do kuchni zrobić mu tego omleta)
P: (słyszy, że się krzątam)
P: Nie wiem, co robisz, ale ja nie jem!
ja: To nie mogłeś wcześniej powiedzieć? Już zaczęłam coś przygotowywać..
P: Powiedziałem, że nie będę jadł!
ja: Powiedziałeś, że chyba.. bo nie chciało Ci się robić...
P: NIE BĘDĘ!
ja: (potulnie wracam do nauki, bo mnie samej aż tak się nie chce jeść - miałam być wspólnikem przecież...)

Akt 6
(po jakimś czasie)
P: (poszedł do kuchni i zrobił sobie ...płatki z mlekiem!!!)

Konkluzja:
ja: (zrozum tu faceta)

środa, 16 stycznia 2008

Problemy przy goleniu

Kasia uwielbia mi przeszkadzać przy tej czynności. Jakby nie potrafiła zrozumieć, że się mogę zaciąć. Dzisiaj zacząłem się golić, Ona jak zwykle – w swoim żywiole, zaczyna coś tam nawijać.

Ona: Mogę jeszcze mówić, czy już nie?

Ja: Możesz – idź do kuchni i porozmawiaj sobie z lodówką albo z czajnikiem

Ona: (poszła do kuchni) Widzisz lodówko – gdyby Piotruś zostawił swoje spodnie na pralce, to dziś miałby je czyściutkie.

Ja: (Przerwałem golenie) Prosiłem Cię 2 dni temu, żebyś je zaprała

Ona: Ale dziś nastawiałam ciemne pranie i mogły się wyprać razem z wszystkim

Ja: Raczej nie mogły, bo byłym w nich w pracy.

Ona: Oj już przesadzasz. W spodniach chodzić do pracy. Jak już musisz, to trzeba je było zwolnić trochę wcześniej, żeby zdążyły na pranie.

Ja dusząc się ze śmiechu zamykam drzwi, ona coś tam mówi i chodzi po kuchni. Spodziewając się nagłego ataku na bezbronnego golącego się mężczyznę po chwili zamykam na klucz.

Ona: Słusznie… Przy zamkniętych będzie mniej słychać.

Chyba w ciąży...

... jest mój mąż!
Wczoraj wrócił z pracy i stwierdził, że jest głodny. Zjadł więc resztę rosołku, poszedł z własnej woli z psem na spacer, po czym zabrał się 
do nauki.
[Nadmieniam, że cały wieczór siedziałam w kuchni, bo tam jest jedyny wolny stół (biurko okupuje Piotruś, a stół w salonie - puzzle). Poszłam więc na wygnanie.]
Po jakimś czasie wparował do kuchni, bo okazało się, że jest dalej głodny. Zaczął buszować w szafce. Wybór był między flaczkami, fasolką Indiana Bonduelle i rzeczami z lodówki (kiełbasa, sałatka warzywna itp..) Stwierdził, że nie wie, co chce i poszedł do pokoju. Po chwili wrócił i poprosił, by mu zagrzać fasolkę. Zjadł pół i wrócił do pracy...
Po jakiejś godzinie znów przyszedł, mówiąc:
- Zjadłbym grysik na mleku.  
Na szczęście akurat nie mieliśmy.
Dopiero całkiem pod wieczór wyszło, że uczy się znienawidzonego MRO i robi wszystko, byle nie to (stąd wczorajszy post ;) ).

Ale z tym jedzeniem, to chyba przesada... Jak nie ciąża, to może tasiemiec?

wtorek, 15 stycznia 2008

Lekcje…

Ostatnio otrzymałem kilka lekcji, z których w sumie się cieszę, ale po kolei:

Lekcja prawdy o sobie

Jakiś czas temu usłyszałem od kogoś, że jestem surowy. Długo nad tym myślałem i stwierdziłem, że to raczej jest prawda. Potem zacząłem się zastanawiać nad ilością nowych znajomych, albo raczej ich brakiem (prawie) i stwierdziłem, że chyba jestem niesympatyczny. Uznałem, jednak, że to prawdą nie jest :D Tzn. ja mam po prostu często/stale włączony tryb ironii i ludzie, którzy o tym nie wiedzą mogą mnie źle odebrać. A to w sumie cała sztuka – tak żartować, żeby większość tak naprawdę nie była pewna, czy mówię poważnie czy nie J.

Lekcja pokory

To moja ulubiona – przynajmniej w tym tłumaczeniu. Gdzieś kiedyś usłyszałem, że jak Bóg chce się pośmiać, to słucha jak Mu opowiadamy o naszych planach. I stwierdzam, że jest w tym całkowita prawda. Można sobie na milion sposobów zaplanować dzień/tydzień/cokolwiek, a w pewnym momencie i tak może się wydarzyć coś, co zmusza nas do zmiany naszych planów. I teraz tylko pytanie jak będziemy na to patrzeć – albo ze złością, że ktoś/coś nam pokrzyżował nasz pieczołowicie zaplanowany czas, albo z uśmiechem i pokorą – są rzeczy, których nie przewidzimy i dobrze, że one się dzieją. One są możliwościami, które mamy wykorzystać.

Lekcja samodzielności

W pewien sposób dostaję ją na własne życzenie. Sami z Kasią zdecydowaliśmy, że chcemy się usamodzielnić. Nikt nas nie zmuszał. Niemniej jednak perspektywa, że wszystkie trudne sprawy są teraz w naszej/mojej mocy są czasami przerażające.

  • Perspektywa, że jak nie ma prądu, to ja muszę wziąć latarkę i dochodzić przyczyny – Ew. zjechać do piwnicy i zobaczyć, czy tam wszystko w porządku.
  • Perspektywa, że jak jakiś pijak chrapie na klatce pod naszymi drzwiami, to ja się muszę zatroszczyć jak go stamtąd przeprosić, bo administracja nie raczy tego zrobić.
  • Perspektywa, że jak złapię gumę, to muszę sobie sam poradzić z tym jak zmienić koło, jak je dotoczyć/dowieźć do wulkanizatora itp. Już Tata nie pomoże J [Nie no – tak serio to pewnie by pomógł, ale dumę swoją też mam…]
  • Perspektywa tego, że jak giełda leci, to ja muszę sobie poradzić ze sobą i zdecydować, czy na niej zostać, czy uciekać.
  • I jeszcze by się pewnie kilka znalazło

Lekcja organizacji czasu i jego marnowania

Od jakiegoś czasu jestem uzależniony od zegarka i kalendarza. Co ciekawe, mimo posiadania wypaś niej Nokii E50, to wolę wskazówkowy zegarek na ręce i papierzany kalendarz z długopisem. Nadszedł już dla mnie niestety ten czas, że kiedy chce się z kimś spotkać, to muszę wyciągnąć kalendarz i zobaczyć kiedy mogę… Ale nie o tym chciałem. Od jakiegoś czasu zapisuję sobie w kalendarzu rzeczy, które mam wykonać następnego dnia. I co ciekawe – często udaje mi się je wykonać, skreślanie wykonanych rzeczy jest przyjemne i motywujące. Co jeszcze ciekawsze, rzadko udaje mi się wykonać coś, czego nie mam na liście. A co najważniejsze, jeśli nie mam w ogóle zrobionej listy na następny dzień, to ciężko mi się wykonuje cokolwiek.

Ja w sumie nie miałem nigdy strasznych problemów z organizacją czasu, ale z jego marnowaniem czasami miewałem. Okazuje się, że to wszystko tylko kwestia dyscypliny.

To tyle na dziś…

A tak w ogóle, to dawno nie pisałem… Brakuje mi tego trochę…

wtorek, 8 stycznia 2008

Zblejzowane

Oryginalna historia:
Czasy podstawówki.. Koleżanka próbowała przekonać tatę, że potrzebuje biustonosz.
- Tato, kup mi biustonosz...
Tata uważnie spojrzał na córcię:
- Córeczko, ale na pryszcze, to Dermosan!

W niedzielę idziemy z Piotrusiem do knajpy i po drodze z jakiegoś powodu przypomniała mi się ta scenka. Zaczynam więc opowiadać:
- I ta koleżanka mówi tacie, że chce nosić stanik.. A jej tata na to..
- Tak, wiem. Że na Clerasil, to pryszcze!!!

Po-świątecznie i po-sylwestrowo

Niby pierwsze święta razem, ale tak naprawdę w domu nas prawie w ogóle nie było. Bo w pierwszy dzień świąt u jednej rodziny, w drugi u drugiej... Dopiero 27-ego mieliśmy trochę czasu dla siebie. Nawet było świąteczne śniadanie we dwoje ( z kartoflakiem - pysznym ciastem zastępującym chleb, kiedyś wrzucę przepis - oraz pysznym chrzanem i sosem tatarskim).
Na sylwestra wyjechaliśmy 28-ego rano. Podziębieni i niebardzo zdrowi po świątecznym bieganiu i niewyspaniu. Byliśmy w Łomnicy Zdroju. Pół dnia spędzaliśmy na nartach, a resztę na wypoczywaniu po nich i graniu w TABU/gadaniu i robieniu tostów/oglądaniu filmu/... w zależności od dnia.
Muszę przyznać, że pierwszego dnia na stoku byłam lekko przerażona (trzeci raz na nartach, a w dodatku buty nie chciały ze mną współpracować i teraz leczę otarcia). Na szczęście z dnia na dzień było coraz lepiej :) I śmigam już na tyle pewnie, że z przyjemnością pojadę znowu.
Piesek był z nami oczywiście. Podróż i sylwestrowe petardy zniósł
wprawdzie po męczeńsku, ale nasi kochani znajomi - którzy 
licytowali się, kto tym razem z nim pójdzie na spacer - chyba
mu to zrekompensowali. DZIĘKUJEMY!